Szczęście dla Bale’a, piekło dla Kariusa

Tegoroczny finał Ligi Mistrzów przyniósł nam mnóstwo emocji, a okoliczności triumfu Realu z Liverpoolem 3:1 wywołały mnóstwo komentarzy i burzliwe dyskusje. Zacznijmy od tego, że Real Madryt zapisał się w historii Champions League złotymi zgłoskami wygrywając te rozgrywki trzy razy z rzędu. Ledwo co wychwalaliśmy zespół Zidane’a, który niespodziewanie ogłosił odejście z klubu za to, że jako pierwsza drużyna w historii wygrali te prestiżowe rozgrywki w dwóch kolejnych sezonach, a tym czasem „Królewscy” poszli już o krok dalej i podkręcili rekord jeszcze bardziej. Gdy znaleźli się wyżej od wszystkich, postanowili wejść na kolejny poziom wyżej i dokonali tego. I chociaż znajdą się krytycy, którzy powiedzą, że na to nie zasłużyli, że do finału dotarli przez sędziowskie pomyłki, to trzeba jasno powiedzieć, że skoro znalazłeś się w wielkim finale to znaczy, że twoja klasa sportowa ci na to pozwoliła. Cztery gole i jeden faul. Za pomocą tych wydarzeń można rozpisać przebieg tego finału.

Ramosa faul na Salahu

Mohammed Salah to osoba, bez której prawdopodobnie „The Reds” nie znaleźli by się w Kijowie gdzie rozgrywany był mecz finałowy. Egipcjanin to absolutny lider drużyny, zbierał mnóstwo goli i asyst (odpowiednio 10 i 4), dla obrońców niejednokrotnie nie do zatrzymania. Magiczny tercet, o którym już kilkakrotnie wspominaliśmy, czyli Salah, Firmowo, Mane był niezwykle dobrze współpracujący – dość powiedzieć, że każdy z nich strzelił po 10 goli. Gdy jednak z tak dobrze działającej współpracy eliminujesz jeden element – zdaniem większości najważniejszy – to gra całego zespołu może się posypać, a szanse przeciwnika na zwycięstwo rosną. Nie wiemy czy takie okropne, wyrafinowane myśli pojawiły się w głowie Sergio Ramosa a już na pewno nie będziemy oceniać czy faul jakiego dopuścił się na Salahu był umyślny i popełniony z premedytacją, ale nie można go nazwać inaczej niż brutalnym i bestialskim. Dla Mohameda ten wielki mecz zakończył się w 30-tej minucie i odbiło się to na grze Liverpoolu przynajmniej przez pierwszych kilkanaście minut. Dla skrzydłowego zaczęła się teraz mordercza walka z czasem aby zdążyć wyleczyć się na mundial.

Egipcjanin nie był jednak jedynym zawodnikiem, który plac gry opuścił przedwcześnie. W 37-mej minucie podobnie jak wcześniej Salah do szatni ze łzami w oczach udał się Dani Carvajal, czyli prawy obrońca Realu. Dobrze wiemy, że na tę pozycję Zidane’owi najciężej jest znaleźć zastępcę i często gdy na przestrzeni sezonu Francuz nie mógł skorzystać z Carvajala to Real miał problemy w defensywie. Na boisku pojawił się Nacho a kontuzjowany Hiszpan najprawdopodobniej na Mistrzostwa Świata będzie w pełni sił.

Loris Karius…

Do przerwy bez bramek oraz z dwoma kontuzjami. A po przerwie… rozpoczął się prawdziwy koszmar dla bramkarza „The Reds” Lorisa Kariusa. Niemiecki bramkarz, który pod skrzydłami Kloppa bardzo mocno się rozwinął. Goalkeeper, który puścił najmniej goli w tej edycji Champions League. Zawodnik, który przez cały sezon potrafił kilka razy uratować swoją drużynę przed porażką a i w samym finale zaprezentował kilka naprawdę imponujących interwencji. Cóż jednak z tego skoro wraz z momentem nadejścia 51-szej minuty jego renoma i ocena drastycznie spadły. Karim Benzema otrzymuje nieco za mocne prostopadłe podanie, Karius wyprzedza Francuza i łapie piłkę, chce szybko wznowić grę i… trafia wprost w nogę, którą jeszcze w nieco złudnej nadziei na błąd bramkarza wystawił Benzema. Piłka wtacza się do bramki, zawodnicy i kibice Realu cieszą się z objęcia prowadzenia a cała reszta chwyta się za głowę nie mogąc uwierzyć w to co zrobił Karius. Czy to naprawdę mogło mieć miejsce?  To niesamowite, że takiej klasy bramkarz popełnił tak katastrofalny błąd, ale cóż, trzeba grać dalej. I na całe szczęście dla widowiska Liverpool tak zrobił.

’55 Sadio Mane 

Ledwie cztery minuty później wszyscy byli już skłonni wybaczyć Kariusowi błąd, ponieważ cała drużyna pokazała ogromną wolę walki i szybko wyrównała za sprawą trafienia Sadio Mane. Senegalczyk przywrócił kibicom z Anfield nadzieję i pokazał, że nie ma błędu, którego nie da się naprawić. I faktycznie wszyscy w to uwierzyli. Liverpool błyskawicznie podniósł się z kolan. Właściwie to taki obrót wydarzeń jeszcze bardziej ich zmotywował. Na ławce Realu był jednak ktoś kto mógł czuć się zawiedziony, że nie gra od pierwszych minut, ktoś kogo wielu widziałoby już w innym klubie, w końcu ktoś kto wszedł i pokazał dlaczego gra w tak wielkim zespole jak ten z Madrytu.

 

Być jak Zidane

W 64-tej minucie, czyli trzy minuty po tym jak Gareth Bale pojawił się na boisku znów wszyscy chwycili się za głowy. I to nie z powodu błędu Kariusa, który tym razem nie miał żadnych szans na wyjęcie spektakularnego strzału, ale za sprawą tego co zrobił Walijczyk. Kapitalna przewrotka, która znów pozwoliła „Królewskim” cieszyć się z prowadzenia. Sam autor „golazo” tak skomentował swój wyczyn: „Bramka z przewrotki? Bez wątpienia była moją najlepszą w karierze. Cieszę się, że odegrałem ważna rolę w tym spotkaniu. Strzelenie takiego gola to dla mnie spełnienie marzeń.” Od razu pojawiły się porównania do gola z przewrotki samego Zidane’a z roku 2002. Oba gole były piękne i bardzo ważne, to jednak nie było jeszcze ostatnie słowo Bale’a w tym meczu.

I znów Loris Karius… 

Gwóźdź do trumny Liverpoolu ponownie wbił Bale. W 81-szej minucie uderzył wydawało się niezbyt groźnie a jednak Karius przepuścił piłkę przez palce i było już 3:1. Krytyka i hejt to na pewno ostatnie czego Niemiec potrzebuje w ostatnich dniach, ale trzeba przyznać, że TAKIE dwa błędy, w TAKIM meczu, bramkarzowi grającemu w TAKIm klubie nie powinny się przydarzyć, nie mogły się przydarzyć. Nie wiadomo jak potoczyłby się mecz gdyby nie one, ale spora część winy za tę porażkę spoczywa na Kariusie. Po meczu zapłakany bramkarz przepraszał kibiców i w takich chwilach zasada „You will never walk alone” powinna znaleźć swe odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Bohater i pechowiec 

Pomijając już przedwczesne wykluczenie z gry Salaha i Carvajala w Kijowie kluczową rolę dla wyniku spotkania odegrało dwóch zawodników. Gareth Bale kroczy teraz w blasku chwały jako joker, który odwrócił losy finału i sprawił, że Real stał się jeszcze większy niż był. Loris Karius niewątpliwie klubowi z Madrytu w odniesieniu tego triumfu pomógł. Wieczór w Kijowie już na zawsze będzie w nim budził złe wspomnienia, bo koniec końców ostatecznie to jest tylko drugie miejsce i tylko srebrny medal, niezależnie od tego jak doszedłeś do finału w nim liczy się jedynie zwycięstwo. Pamiętamy jednak również o tym, że każdy z nas jest również tylko człowiekiem i musimy żyć ze swoimi błędami a każde słowo wsparcia może sprawić, że świat jeszcze usłyszy o Kariusie w zdecydowanie przyjemniejszych okolicznościach.

 

Napisz komentarz za pomocą Facebooka!

Dodaj komentarz

Polub nas na Facebooku

Facebook Pagelike Widget

Śledź nas!

Kalendarz wpisów

Grudzień 2018
P W Ś C P S N
« Lip    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31